Jak wygrać Euro?
Wpisany przez Mateusz Woźniak   
piątek, 09 maja 2008 23:13

Giorgios KaragounisZapewne każdy, kto choć trochę interesuje się futbolem stwierdzi, że Grecja to najbardziej sensacyjny zwycięzca w historii Mistrzostw Europy, nawet kosztem Danii z Euro 92’. Trudno się z tym nie zgodzić, ale po głębszej analizie można zauważyć, że zwycięstwo tego bałkańskiego kraju na ostatnim europejskim czempionacie nie było dziełem przypadku.

 

 

Nawet najwięksi fachowcy prorokowali, że po meczach z Portugalią, Hiszpanią i Rosją podopieczni Otto Rehhagela wrócą pierwszym samolotem do Aten. Stało się inaczej, a urodzony w niemieckim Essen szkoleniowiec udowodnił, że jest fachowcem najwyższej klasy. Obserwując jego trenerską przygodę pojawia się jedna prawidłowość, polegająca na tym, że osiągał sukcesy tylko z tymi drużynami, w których to on był największą gwiazdą, mimo iż był „tylko” trenerem. Werder Brema i FC Kaiserslautern do potęg nigdy się nie zaliczały, a mimo to z solidnych zawodników potrafił zrobić czołowe zespoły w Niemczech – zdobył z nimi trzy razy tytuł mistrzowski i dwa razy krajowy puchar. Obie te ekipy były kojarzone głównie z jego osobą. Jedynym miejscem, gdzie nie sprawdził się w roli trenera to Bayern Monachium. W okresie, gdy tam pracował (sezon 1995/96) swoje „złote czasy” przeżywał FC Hollywood, jak złośliwie nazywano klub ze stolicy Oktoberfestu ze względu na ilość gwiazdorów, kłótnie oraz skandale w zespole. Nie potrafił zmusić zawodników do dyscypliny i porządku.

Rozpoczynając pracę z reprezentacją Grecji znowu stał się najbardziej rozpoznawalną twarzą w ekipie. Kto przed Euro 2004 kojarzył Basinasa, Zagorakisa czy Seitaridisa? Nie byłoby tego historycznego sukcesu Greków, gdyby nie zaufanie, jakim piłkarze obdarzyli swojego trenera. Rehhagel całą krytykę za słabe wyniki brał na siebie i nie od razu przekonał do siebie miejscowych kibiców i „znawców” futbolu w tym kraju (w tym momencie nasuwa się podobieństwo do sytuacji pewnego Holendra, pracującego z reprezentacją 38-milionowego kraju…). Pamiętam, gdy po przegranym meczu towarzyskim z Polską tuż przed turniejem finałowym (w dodatku po słabej grze) Niemiec mówił, że wynik meczu w Szczecinie go nie interesuje, a ważne były tylko ćwiczone elementy taktyczne.

Kilka dni później rozpoczęła się grecka bajka z królem Otto w roli głównej. Stwierdzenie jest nieco absurdalne, ale nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie to, że… podstawowi gracze reprezentacji (kapitan Zagorakis, Dellas…) w swoich klubach siedzieli na ławce rezerwowych. W dzisiejszych czasach organizmy piłkarzy poddawane są nieprawdopodobnej eksploatacji, a podczas morderczego turnieju z meczami rozgrywanymi co kilka dni świeżość zawodników ma często decydujące znaczenie. Ktoś zapyta – a co z tzw. rytmem meczowym piłkarzy? W przypadku imprezy rozgrywanej po sezonie, w którym część graczy rozgrywa po kilkadziesiąt meczów, ta ciągłość gry może obrócić się w znużenie i zmęczenie, także psychiczne. Greccy zawodnicy byli głodni gry i nie ciążyła na nich żadna presja wyniku, a gdy zobaczyli, ze taktyka Rehhagela sprawia niesamowite kłopoty rywalom to siły i motywacja pojawiały się u nich automatycznie. Można zarzucić Grekom, że grali antyfutbol pozbawiony polotu i finezji. Należy zatem zapytać – jak mieli grać, skoro była to drużyna oparta na solidnych futbolowych rzemieślnikach? Techniki na poziomie Cristino Ronaldo nie miał nikt z Greków, ale to właśnie Portugalczyk płakał po przegranym finale.

Rehhakles„Rehakles” tą wygraną obalił jeszcze jeden mit (grecki?), mówiący o tym, że „bałkańska natura” nie uznaje takiego pojęcia jak dyscyplina (tym bardziej w niemieckim wydaniu). Piłkarze nie stracili zimnej krwi ani wtedy, gdy przegrywali z Hiszpanią, ani w trakcie dogrywki z rewelacyjnymi Czechami. Gdy Zagorakis podnosił w górę Puchar Henri Delaunaya, mieszkańcy Aten i Salonik byli najszczęśliwszymi ludźmi na kuli ziemskiej. Prawdopodobnie grecki futbol już nigdy nie powtórzy takiego osiągnięcia, ale w którym kraju kibiców interesuje styl, jeśli jest się najlepszym?

Niejednemu polskiemu kibicowi od razu nasuwają się podobieństwa między Grecji 2004 a naszą Reprezentacją przed zbliżającymi się finałami Euro 2008 – doświadczony, zagraniczny trener, drużyna pozbawiona gwiazd światowego formatu, podstawowi gracze siedzący na ławce w klubie oraz głód sukcesów obecnego pokolenia reprezentantów. Dariusz Wołowski, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, jeden ze swoich artykułów zatytułował: „Wierzę w Beenhakkera, ale nie wierzę w cuda”. Ja również, bo Rehhagel pokazał, że można przepłynąć ocean na tratwie.

VIDEO: Przeżyjmy to jeszcze raz – "wielkie greckie wesele":


Komentarze (0)Add Comment

Napisz komentarz
smaller | bigger

security code
Wpisz poniżej kod antyspamowy


busy
 


Powiązane: