Translate

Polish Albanian Bulgarian Croatian English French German Greek Italian Macedonian Portuguese Romanian Russian Serbian Slovenian
Rok Elsner: Moje szanse na grę w kadrze są teraz większe
wtorek, 20 grudnia 2011 14:20

Kontrakt ze Śląskiem Wrocław podpisał w grudniu 2010 roku. Początkowo był tylko rezerwowym, przez co niektórzy postawili na nim krzyżyk. Rok Elsner, bo o nim mowa, dostał jednak swoją szansę i wykorzystał ją w stu procentach.

Słoweniec obiecał nam swój pierwszy wywiad w języku polskim. - Pogadamy w rocznicę podpisania kontraktu - zapowiadał przed kilkoma tygodniami. I słowa dotrzymał.

Gdy spacerowaliśmy po wrocławskim rynku, miejscowi nie ganiali za nami z aparatami, nie prosili o autografy. - Zdarzało się, że ktoś prosił mnie o zdjęcie czy podpis, ale były to pojedyncze sytuacje - opowiada 25-letni pomocnik, którego zauroczyło pełne świątecznych ozdób centrum miasta. - Wrocław to piękne miejsce. Bardzo lubię takie miasta, gdzie można wyjść między ludzi, pospacerować - dodaje „Rocky”.

- Na powitalnej konferencji prasowej powiedziałeś: „Przepraszam, że nie mówię po polsku, ale obiecuję, że szybko nauczę się języka”. Świetnie ci poszła ta nauka...
- Wiadomo, że trudno jest, gdy przychodzisz do nowego kraju. Zaczyna się nowe życie. Jak widzisz, brakuje mi jeszcze czasem jakiegoś słowa. Myślę jednak, że rozumiem bardzo dużo. Dużo na początku pomogli mi Vuk Sotirović i Amir Spahić. Nie miałem żadnych dodatkowych lekcji. Z dnia na dzień poznawałem nowe słowa i po czterech miesiącach wydawało mi się, że umiem już ten język. Może mam jakiś talent do języków? Umiem ich już siedem.

- Siedem? Do tej pory rozmawialiśmy tylko po angielsku i po polsku...
- Znam jeszcze język słoweński, serbsko-chorwacki, francuski, włoski i niemiecki. Czasem jest trudno, na przykład podczas rozmów z rodziną. Dzwoni mama i mieszam jeden język z drugim, a ona zdziwiona pyta, o co mi chodzi (śmiech). Mieszkałem we Francji aż 17 lat. Tam ukończyłem szkołę i przez to językiem francuskim operuję lepiej niż słoweńskim. Ponadto w szkole uczyłem się włoskiego jako drugiego języka. Angielski natomiast, grając za granicą, musisz umieć.

- Brak znajomości języków mocno utrudnia komunikację w zespole?
- Wiesz co, problemem jest to, że niektórzy nie umieją angielskiego. Przez to od początku nie ma komunikacji, rozmawiasz tylko z tymi, którzy mówią po angielsku. Ja na przykład na początku nie miałem przez to zbyt wiele kontaktu z Tadkiem Sochą czy Mariuszem Pawelcem. Bo co też miałem im powiedzieć, kiedy nic nie rozumiałem? (śmiech)

- Cristian Diaz ma chyba przez to ciągle problemy z adaptacją?
- Nie, myślę, że nie. Nie wiem, jak było na początku, ale teraz rozumie już dobrze język polski. Poza tym on i Johan Voskamp mają kursy językowe. Myślę, że to jest inna mentalność. Latynosi rozmawiają tylko po hiszpańsku i po przyjściu do Europy jest im trudno. Słyszałem na przykład, że Carlos Tevez nie umie jeszcze mówić za dobrze po angielsku, mimo że gra tam tyle lat.

- Minął rok od twojego przyjścia do Śląska. Jak byś go podsumował?
- Bardzo fajnie. Na początku było trudno, trener miał swoją wizję i patrzył na mnie trochę inaczej. Na szczęście dostałem jednak szansę i było dobrze. Strzeliłem ładne bramki Górnikowi i Ruchowi. Uznano, że Rok Elsner może zostać we Wrocławiu, bo dobrze gra. W tym sezonie gram od początku, trener mi zaufał i robię swoje. Myślę, że mam stabilną formę i to podoba się trenerowi. Dużo biegam, walczę. Kiedy jednak nie grałem, myślałem sobie: „Na świecie jest dużo klubów. Jeśli nie tutaj, to gdzie indziej. Nie jest tak, że istnieje tylko Śląsk”.

- A co sądzisz o Polsce, o Polakach?
- Mogę powiedzieć, że Wrocław jest dla mnie bardzo dobrym miastem. Rynek jest piękny, zarówno latem, jak i zimą. Nie jest to dla mnie najlepsze, co może być, bo mieszkając w Nicei przyzwyczaiłem się do życia nad morzem. Trochę mi tego brakuje. Jeżeli chodzi o Polaków, to są jakby trochę zamknięci. Kiedy z początku próbowałem mówić po angielsku, wielu unikało takich rozmów. Na przykład: poszedłem na kawkę i kelnerka, mimo że umiała trochę angielskiego, wolała zawołać koleżankę, która zna ten język lepiej. Chce, by wypadło to jak najlepiej, zamiast spróbować porozmawiać. Ja też mówię słabo po polsku, ale jakoś rozmawiamy... Wszyscy jesteśmy ludźmi i nie powinno to stanowić problemu. Z początku myślałem też, że ludzie w Polsce nie mają za bardzo pieniędzy, ale widzę, że niektórzy mimo to wychodzą na spacer, na jakąś imprezę. Lubię takie podejście. Nie masz, ale idziesz dalej przez życie, bo życie jest piękne.

- Myślisz, że po zakończeniu piłkarskiej kariery mógłbyś tu zostać?
- Trudne pytanie. Nie wiem, gdzie będę za rok czy dwa. Może się okazać, że będę wtedy grał zupełnie gdzie indziej. Mam mieszkanie w Słowenii i myślę, że wrócę właśnie tam. Lub z powrotem do Nicei.

- Twoja kariera to naprawdę bardzo ciekawy temat. Jesteś Słoweńcem, zaczynałeś grę we Francji, a grałeś też w Niemczech, Norwegii i Kuwejcie.
- Urodziłem się w Słowenii. Kiedy miałem rok, przeniosłem się do Belgradu, bo tam grał tata. Później trafiłem do Nice we Francji. Od początku chciałem tam zostać. Była tam jednak taka polityka, że nie stawiano za wiele na młodzież. Zdobyliśmy mistrzostwo Francji do lat 19. Graliśmy z takimi zawodnikami jak Song czy Benzema. Chciałem zostać, ale trenując z pierwszą drużyną. Oni jednak nie chcieli, więc powiedziałem: trudno. Trafiłem do niemieckiego Wehen. Zagrałem tam tylko 13 meczów, a to dla dziewiętnastolatka nie było za wiele. Chciałem regularnie grać, więc z całą rodziną wróciliśmy do Słowenii. Przez trzy sezony występowałem w Interblocku. Mój tamtejszy trener pojechał jednak do Al-Arabi w Kuwejcie i ściągnął mnie do siebie. Powiedział, że jeśli chcę, to mogę zmienić klub. Wiadomo, w Słowenii pieniądze są dużo mniejsze niż w Kuwejcie. Poza tym gra w Słowenii jest trudna. Nikt na ciebie nie patrzy, ciężko się przebić. W Al-Arabi grałem przez rok, ale pojawił się problem. Zmiana prezesa, komplikacje. Chcieli, żebym został, ale ostatecznie trafiłem do Norwegii. W Norwegii nie było tak dobrze, jak we Wrocławiu. Miasto było małe. Nie lubię takiego życia. Niby był spokój, wszystko było w porządku, ale to nie było to. Poza tym było drogo. Idziesz na kawę i płacisz 15 euro... Bez sensu. Ale było fajnie, nie ma co narzekać. Zagrałem pięć meczów. Kiedy debiutowałem w pierwszej jedenastce, kibice wybrali mnie zawodnikiem meczu. W Norwegii mają takie konkursy SMS-owe - na dziesięć minut przed końcem spotkania spiker zapowiada konkurs SMS i kibice wzbierają piłkarza meczu. Fajna sprawa.

- W pewnym momencie byłeś też o krok od Wisły Kraków.
- Byłem tam tydzień. Było dobrze, graliśmy sparing. Na testach było nas czterech. Spośród wszystkich zostałem tylko ja i powiedzieli mi, że mogę tydzień trenować i zobaczymy. Wszystko było dobrze, dopóki nie zadzwonili do Osmana Chaveza. Dogadali się z reprezentantem Hondurasu i zrezygnowali ze mnie. Chavez przeszedł testy medyczne i zdecydowano się na niego. Gdyby nie on, trafiłbym do Wisły na pozycję stopera.

- Patrząc na aktualną dyspozycję Chaveza, Wisła może chyba pluć sobie w brodę...
- Nie będę komentował gry Chaveza. Ja wspominam pobyt w Krakowie pozytywnie. Ktoś ze Śląska zadzwonił później do kogoś z Wisły i jego opinia musiała być pozytywna, bo ściągnęli mnie do Wrocławia.

- A propos plucia - w derbach z Zagłębiem opluł cię Patryk Rachwał. Ty jednak tę sprawę olałeś.
- No co, normalnie. To była gra. Lubię emocje w meczach derbowych. W każdym z piłkarzy pojawia się dodatkowa motywacja na takie spotkania. Derby są po to, by była walka.

- Czasem nadmiar tej walki może jednak spowodować dyskwalifikację...
- Kiedy jesteś defensywnym pomocnikiem, musisz otrzymać co jakiś czas żółtą kartkę. Czasem idziesz na piłkę i niestety trafisz zawodnika. Z Jagiellonią zrobiłem ruch, by rywal nie doszedł do piłki, trochę jednak go trafiłem łokciem. To było jednak pierwsze takie zagranie w moim wykonaniu. Na boisku źle to nie wyglądało. Dwaj sędziowie widzieli, że był faul dla mnie, więc miałem nadzieję, że obejdzie się bez kary. Niestety ostatnie dwa spotkania jesieni musiałem pauzować...

- A gdybyś miał porównać sędziowanie w Polsce do innych krajów, w których grałeś?
- Powiedziałbym, że najlepiej sędziowali w Norwegii. W Słowenii i Kuwejcie jest źle. W Polsce podoba mi się, że często puszczają grę agresywną. Walka jest dobra. Sędziowanie jednak jest bardzo trudne. W Polsce lubicie wziąć wszystko „pod lupę” i wytykać sędziowskie błędy. Najlepsi sędziowie, którzy sędziują na przykład w mistrzostwach świata, także popełniają błędy. Na podjęcie decyzji mają ułamek sekundy i muszą zareagować.

- Dziadek piłkarz, tata piłkarz. Potomek już w drodze?
- Tak, żona jest w ósmym miesiącu ciąży. Rozwiązanie planowane jest na 3 stycznia. Żona pojechała już do Słowenii i wraca po naszym obozie na Cyprze.

- Z synkiem czy córeczką?
- Z synkiem. Krisem.

- W porównaniu do Słowenii w Polsce jakość dróg jest chyba fatalna?
- Tak! Nie rozumiem tego, że kraj, w którym żyje tylu ludzi, nie potrafi zrobić 100 km autostrady rocznie. Tutaj potrzebujecie trzy lata, by zrobić 20 km!

- A jak patrzysz na to, co dzieje się wokół PZPN-u i polskiej piłki, nie chce ci się śmiać?
- Nie znam szczegółów ostatniej afery, ale u nas w Słowenii tego nie ma. Jest dobrze, ale możliwe, że za jakiś czas coś wypłynie. Jesteśmy młodym krajem (śmiech).

- Grałeś w kadrach młodzieżowych Słowenii, ale nie miałeś jeszcze okazji do debiutu w drużynie seniorów.
- Nie, jeszcze nie. Jeszcze (śmiech). Była zmiana trenera. U poprzedniego nie miałem szansy, on miał swoich ulubieńców. Ten nowy (Slavisa Stojanović - przyp. PM) to były szkoleniowiec NK Domżale, czyli mojego brata. Wcześniej był on asystentem Srecko Kataneca, który prowadził ostatnio Zjednoczone Emiraty Arabskie. Tam właśnie, gdy grałem w Kuwejcie, poznałem go. Jesteśmy w kontakcie i myślę, że będzie okej. Moje szanse na grę w reprezentacji są teraz większe, ale muszę grać w klubie. To jest podstawa.

- Piłkarzem jest także twój brat. Ciągle pozostaje wierny barwom NK Domżale?
- Tak. Jest tam ikoną. Kiedy grasz siedem lat w jednym klubie, jesteś jego ikoną. W Śląsku podobnym przykładem jest Darek Sztylka. Luka (Elsner - przyp. PM) grał w NK Domżale przez pięć lat. Później przeniósł się do Bahrajnu, gdzie grał pół roku. Następnie testowali go w FK Haugesund, gdzie występowałem także ja. Poleciłem go, bo wiadomo - kiedy można pomóc, trzeba pomagać. Tym bardziej rodzinie.

- Mówiłeś kiedyś, że Hugo Lloris to twój najlepszy przyjaciel. Utrzymujecie ciągle kontakt?
- Tak, tak. Nie za często, ale raz w miesiącu prowadzimy długą rozmowę. Hugo jest w porządku, bo pozostał taki, jaki był. Niektórzy, kiedy dojdą do większych pieniędzy, zmieniają się. On jednak jest ciągle tym samym człowiekiem, którego poznałem w Nicei. Na mój ślub do Słowenii przyleciał specjalnie prywatnym samolotem. Wiem, że mogę na niego liczyć. To dobry chłopak i bardzo dobry piłkarz.

- W młodzieżowych sekcjach Nice był chyba pewnym punktem w waszej bramce? Mając go w swoich szeregach grało się spokojniej?
- Było widać, że coś z niego będzie. Miał poukładane w głowie i miał talent, który był widoczny od samego początku.

- Śląsk prowadzi w tabeli T-Mobile Ekstraklasy. Idziecie na mistrza?
- Ja o tym tak nie myślę. To bardziej zajęcie dla dziennikarzy. Nie patrzymy na to, co będzie za pięć miesięcy. Możemy być przecież wtedy na 12. miejscu... Z drugiej jednak strony - mamy na to mistrzostwo naprawdę realne szanse. Kiedy zostanie do końca ligi pięć-sześć kolejek, zobaczymy. Gramy swoje i jeśli się uda, będzie bardzo dobrze. Wiadomo, że nie jesteśmy faworytem, nikt nie stawiał nas w tej roli przed sezonem…

Rozmawiał Przemysław Mamczak


Wywiad został przeprowadzony dla portalu futbolnet.pl i udostępniony na balkan-football.com za zgodą autora

Komentarze (0)Add Comment

Napisz komentarz
smaller | bigger

security code
Wpisz poniżej kod antyspamowy


busy